Początki

Ostatnio odwiedzili mnie i moją partnerkę znajomi z małą córką Gają. W pewnym momencie dziewczynka zaczęła płakać. Sposobem na zaciekawienie jej było pokazanie obrazków w książce. Szybko wybraliśmy kilka z nich z regału, gdzie trzymam opowieści. Jej rodzice otworzyli dużą książkę - "Wesele Pani Liszki" braci Grimm. Książka miała kolorowe obrazki, a Gaja oglądając je zaczęła się uspokajać. Mnie natomiast przyciągnęła inna rzecz. 

Na początku prawie każdej opowieści jest informacja zapisana ołówkiem np. "Przeczytałem 14.09.1991 roku". Miałem wtedy osiem lat. Kolejne opowiadania mają swoje daty, a na końcu książki, gdzie jest spis opowieści, wykreślałem te, które już przeczytałem. Nie wszystkie z nich je mają (co swoją drogą jest ciekawe), ale nie o tym chcę pisać. Zależy mi na próbie zebrania momentów początku mojej drogi. Były różne i w innych momentach coś się uruchamiało. Chcę znaleźć to, co łatwo umyka i zakładam, że ten wpis może się zmieniać w czasie.

Jak przez mgłę przedzieram się w pamięci i odkrywam najdalsze fragmenty przeszłości.

Mama i ciocia czytały mi bajki. Książki miałem w domu. Dostawałem je w prezencie albo były w rodzinnej biblioteczce, pełne obrazków, pisane bukwami. Pamiętam książki, których fragmenty się ruszały. Poruszane kawałkiem papieru sprawnie wjeżdżały albo wyjeżdżały na główny plan, albo takie, które po odwróceniu strony wstawały i pokazywały obrazy jak pawie swoje ogony. Może też takie pamiętacie? Ciekawe, że wyraźniejszy jest ruch, niż treść tych opowieści. Tych książek przybywało z urodzinami, świętami, zakończeniem kolejnego roku w przedszkolu czy klasy. Hasło "Poczytaj mi mamo" zobowiązywało, a mama dzielnie czytała, a potem robiłem to i ja. I znów - pamiętam format tych książek, pamiętam hasło na ostatniej stronie. Ale w tym momencie historii już nie.

Może i w waszym dziecięcym doświadczeniu ważną rolę pełni rzutnik Ania i historie, które były na filmowych tubkach. Pamiętam jak trzeba było odpowiednio ustawić ostrość na ścianie, jak sprzęt połykał perforowaną taśmę i mocno się nagrzewał, a ja siedziałem obok i kręciłem gałką, żeby wywołać kolejne fragmenty historii. To były np. Złota Kaczka czy 40 zadań Herkulesa. Podobnie bajki były wyświetlane w przedszkolu.

Pamiętam bieg do kina Capitol, żeby zdążyć na projekcję Śpiącej Królewny w adaptacji Disneya. Narracja wciągała. 

Odwiedzaliśmy też teatr. Baj czy Guliwer. Wyjścia przedszkolne pamiętam mniej. Bardziej rodzinne z mamą czy tatą. Jeden spektakl pamiętam - z tatą poszliśmy do Guliwera na spektakl o młodym Wojtku czy Maćku, który był chłopem. Walczył w powstaniu styczniowym i przyszła po niego śmierć. Jak inne było to doświadczenie od filmów Disneya, skoro je pamiętam. Smutek i jakiegoś rodzaju niezgoda na taką śmierć zostały. 

Jak wtedy wiele było możliwości - na płytach winylowych słuchałem akademii Pana Kleksa czy księżniczki na ziarnku grochu. Kiedy w domu pojawił się magnetofon szpulowy śpiewałem piosenki, opowiadałem o księżniczce, a mój głos zapisywał się na taśmach. Pamiętam jak głośno tupałem, żeby odtworzyć jak ktoś idzie. Rodzice puszczali mi później te nagrania, a ja nie mogłem uwierzyć, że głos, który słyszę jest mój. 

Z czasu przed 1990 rokiem pamiętam ten wspólny czas, tworzenie opowieści, obrazy. Grunt pod słuchanie, wyobrażanie sobie, czytanie i opowiadanie.

Stałem się pożeraczem książek. Nawet w drodze powrotnej ze szkoły wchodziłem do księgarni i czytałem. 

W I klasie podstawówki miałem szczęście chodzić co tydzień do Luny razem z klasą na filmy dla dzieci. Z całego cyklu najbardziej zapamiętałem Przygody wesołego diabła.

Przyszła era Disneya - komiksy, filmy, wieczorynki, Król Lew, który był doświadczeniem totalnym.

Była też Polonia1, gdzie mangowe historie oglądaliśmy razem z bratem (Kapitan Hawk, Generał Daimos, Yattodetaman, Gigi la Trottola). Tam poznawałem, co to serial, długa animowana narracja, która prowadzi do rozwiązania. Na Polsacie była Czarodziejka z Księżyca, której pierwsza seria się nie skończyła, bo odcinek nie został wyemitowany. Przeżywałem ten dramat! 

Byłem wystawiany do deklamowania wierszy, śpiewania piosenek, potem też tańczenia na scenie, grania na gitarze. Nie pamiętam czy sprawiało mi to przyjemność. Ale znałem to. Miałem doświadczenie mówienia wierszy do całej sali na jakimś wyjeździe z rodzicami. Potem wraz z mówieniem wierszy na ocenę pojawiał się coraz większy wstyd. Oj, to coś ważnego zabijało we mnie, ale wróćmy do lat 90.

Telewizja przejmowała czas wolny. Kino było wielkim wydarzeniem. A potem już zostałem wciągnięty przez Sherocka Holmesa, detektywów Remington Still, Jamesa Bonda i ważna stała się dla mnie akcja i zagadki. Miałem w domu całą serię przygód młodych detektywów. Jedną z książek, którą zapamiętałem z dzieciństwa były "Niezwykłe Przygody Hodży Nassredina" Zdzisława Nowaka. Zagadki logiczne osadzone w egzotycznym świecie bliskiego wschodu. Hodża był dla mnie jednym z mistrzów, a moim marzeniem było pojechać do Samarkandy.

W liceum doszły do tej całej serii gry RPG. Z kolegami graliśmy w Warhammera. Wchodziliśmy do świata, który stworzył mistrz gry i reagowaliśmy na to, co proponował. Oczywiście długo tworzyliśmy postaci i chcieliśmy być sprytniejsi niż sam mistrz, więc gra często miała rwaną fabułę. Często nie przechodziliśmy całego scenariusza. Ale zawsze to było coś - wejście w świat, w którym ty podejmujesz decyzję.

Potem jest przeskok i opowieści dużo później.

W 2012 roku trafiłem na warsztaty Studni O na IKP UW. Mierzyliśmy się z historią Odysa i Polifema. Samą historię potem opowiadaliśmy na scenie w Starej Prochowni. To było coś. Poczułem jak znikam w opowieści, a ona tworzy się na bieżąco. To było niezwykłe i takich doświadczeń zacząłem szukać. Od tamtej pory nie omijałem warsztatów i Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Opowiadania.

W 2014 roku pojechałem ze znajomymi do Poznania na noc 1001 baśni - wieczoru organizowanego przez grupę Baśnie Właśnie. Tam opowiadałem historię o pierwszej studni, gdzie poznałem najprężniejszą wtedy grupę opowiadaczy w Polsce. Historię o studni miałem jeszcze okazję opowiadać na konferencji dot. wody w Bolestraszycach koło Przemyśla.

Pamiętam warsztaty z Danem Jasińskim z Kanady (moment Szeherezady), Jihadem Darwishem (obrazy w historii), Jan Blake (odczuwanie historii), Janet Pankowsky (osobisty stosunek do historii), Manyą Maratou (rytm), Matsem Rehmansem (warsztat opowiadacza) przy okazji Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Opowiadania. 

Koło roku 2014 zobaczyłem Szymona Góralczyka w telewizji. Udzielał wywiadu i opowiadał o swojej pracy. Wtedy pomyślałem - on robi to, co ja bym chciał. Ale Szymon był wtedy w Poznaniu, a do Warszawy miał daleko. Jednak jakimś cudem zobaczyłem zaproszenie do grupy opowiadaczy, która spotyka się na Wydziale Pedagogicznym UW. Mimo że byłem już dawno po studiach poszedłem na jedno ze spotkań i zostałem w grupie do dziś. Pełnej bliskich relacji, informacji zwrotnej, procesów rozwojowych i warsztatów. O samej grupie pewnie jeszcze napiszę. 

Nie mogę jednak zapomnieć o żółwiu. O spotkaniu, które dla mnie było tak ważne. Usłyszałem wtedy -opowiadaj o zwierzętach, a będziesz opowiadał o ludziach. 

Żółw stał się dla mnie inspiracją do opowiadania. Patronem, który sięga daleko wstecz, pamięta początki i wiele historii. Dziękuję mu za to. Kachua.

Po tym napisałem inwokację:

Przybądź stary żółwiu, przybądź proszę tu,

gdzie na małej/wielkiej sali siedzi teraz tłum.

Daj mi proszę obraz by twe opowieści

pozostały w sercach i w naszej pamięci.

Jak w rzece pozwól zanurzyć się znów

Dla dobra tego świata, dla światła tych słów. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pociąg